piątek, 11 lipca 2014

#3 "Przygotowana na swoją przegraną?"

Dzisiejszego poranka, obudziłam się wyjątkowo wcześnie. Nie mam pojęcia czym to było spowodowane ale nawet w to nie wnikałam. Podniosłam się do siadu i rozejrzałam się po jasnym od słońca pokoju. Westchnęłam głośno, zastanawiając się nad tym co wczoraj zrobiłam. „Przyjmujesz wyzwanie?” Te słowa odbijały mi się w głowie echem, uświadamiając mi moją bezmyślność. Chodziły słuchy że jego taniec jest niesamowity i jeszcze nikt nigdy go nie pokonał w pojedynku. Nie byłam doświadczona w tańcu, gdyż to tylko moje hobby na odstresowanie, więc gdzieś w środku jednak trochę obawiałam się nadchodzącego piątku.
Pokręciłam głową na boki po czym wstałam i zaczęłam wykonywać poranny rytuał przygotowania się do tej beznadziejnej szkoły.
Gdy byłam już blisko budynku i przekroczyłam jego próg, mojej uwadze nie uszły ciche szepty innych uczniów. Zażarcie wymieniali ze sobą ciche zdania, wbijając we mnie swój wzrok.
- To ona?
- Trochę jej współczuję..
- No... nie ma najmniejszych szans...
Co do diabła? Już wszyscy wiedzą? Świetnie. Jedyne czego teraz chcę to tłum gapiów, który będzie się przyglądał naszej bitwie. Westchnęłam cicho i słysząc dzwonek na lekcje, udałam się prosto do sali. Zajęłam swoje, wypakowując potrzebne rzeczy i całkowicie zanurzając się w swoich myślach, zignorowałam wykład nauczyciela.
Połowa lekcji minęła nudno i mało interesująco. Wszystko czego nas uczyli, już wiedziałam. Po jaką cholerę ojciec kazał mi się tu zapisać? Ah, tak... Interesy. Dla interesów i dobrych stosunków z bogatymi dziadami jest w stanie poświęcić nawet szczęście własnej córki.
Gdy po szkole rozbrzmiał dzwonek na długą przerwę, wiedziałam co się za chwilę zacznie. Wolałabym zostać w klasie i nie musieć oglądać tych... ludzi. Słysząc piski dochodzące z korytarza, pokręciłam przecząco głową a po chwili opuściłam salę, zajmując miejsce na parapecie pod wielkim oknem. Nim się zorientowałam, dosiadła się do mnie przyjaciółka pukając mnie w nogę.
- Wszystko dobrze? Jesteś jakaś przybita. - Zapytała, przechylając lekko głowę w bok. Na jej pytanie jedynie pokręciłam przecząco głową i wydałam z siebie krótkie westchnięcie. Piski tych zakochanych po uszy dziewcząt, zaczynały mnie drażnić. Jak można podziwiać takich buraków? Gdy zaczęli przechodzić obok nas, starałam się unikać kontaktu wzrokowego ale słabo mi to szło.
- Przygotowana na swoją przegraną? - Na twarzy ciemnoskórego widniał pewny siebie uśmiech.
- Twoje niedoczekanie.
- To się jeszcze okaże. - Te słowa zabrzmiały tak... szorstko że po moich plecach przeszedł zimny dreszcz. Modliłam się w duchu by już sobie poszli bo nie chcę oglądać tego egoistycznego typka i moje modły chyba zostały wysłuchane albowiem bez słowa zaczęli się oddalać. Odetchnęłam cicho, gdy nagle usłyszałam. - Co powiesz na zakład?
- He? - Zamrugałam kilka razy, nie wierząc w to co słyszę.
- Jeśli wygrasz... odczepię się. Ale jeśli ja wygram.... - Urwał a na jego twarzy pojawił się szatański uśmiech. - Zrobisz wszystko co ci każę. Będziesz.. moją służącą? Niee... Niewolnica pasuje bardziej. Na miesiąc. - Na jego wypowiedź o mały włos nie zakrztusiłam się własną śliną. Nie, nie, nie! Nie ma takiej mowy, nie zgadzam się. Odmawiam. Nie zamierzam być jego niewolnicą. Ale... jeśli odmówię to wyjdę na tchórza a przecież zgodziłam się na pojedynek. MINHAE JAK MOGŁAŚ SIĘ TAK WPAKOWAĆ?! Wzięłam kilka głębszych oddechów by się uspokoić i chyba zaczęłam się nawet pocić z nerwów, ale jedyne co udało mi się zrobić to uśmiechnąć arogancko i wydusić.
- Zgoda. Umowa stoi. - Wszystkim aż zaprało dech w piersiach. Chłopaki oddalili się a ja po raz pierwszy życiu zaczęłam się panicznie bać. Nie chciałam mieć z nimi nic wspólnego a jeśli teraz przegram... To oficjalnie jest mój koniec.
Gdy wróciłam do domu, usłyszałam że woła mnie ojciec ale zignorowałam go, będąc pochłonięta własnymi myślami. Weszłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko, głośno wzdychając. Świetnie Minhae, po prostu świetnie. Po długich dwudziestu minutach pozbierałam się do kupy i zaczęłam się ogarniać na lekcje szermierki gdy nagle do pokoju wpadł ojciec, nawet nie pukając po czym oznajmił.
- Dzwonił wychowawca szermierki. Lekcji dzisiaj nie ma, ponieważ ma jakieś szkolenie.
- Oh... trudno. Dzięki... - Wymamrotałam, wypakowując to co zdążyłam spakować. Czułam przez chwilę na sobie wzrok ojca, który w końcu raczył przemówić.
- Mam nadzieje że nie masz planów w piątek, ponieważ mam ważny bankiet na który musisz ze mną iść.
- Nie ma takiej opcji. Jestem zajęta w piątek. Poza tym nie cierpię tych pseudo bankiecików. Jeśli zamierzasz szukać mi męża by zacieśniać swoje drogie relacje z innymi bogaczami, to sorry ale masz nie to dziecko. - Burknęłam chowając wszystko do szafy a następnie rzuciłam się na łóżko.
- Młoda damo, nie interesuje mnie to. Pójdziesz czy ci się to podoba czy nie. - Oznajmił srogim wysokim tonem, na co machnęłam ręką lekceważąco.
- Żegnam. Chcę odpocząć. - Ojciec jedynie na mnie warknął po czym trzasnął drzwiami i tyle go widziałam. Wzięłam głęboki wdech, myśląc o tym że za dwa dni prawdopodobnie będę usługiwać temu kmiotkowi. Moje życie to pasmo porażek, poważnie. Cały dzień zleciał mi na rozmyślaniu więc gdy za oknem zaczęło robić się ciemno, przygotowałam się po prostu do snu. Przebrałam się, umyłam i wskoczyłam pod kołdrę wygodnie się układając a nim się zorientowałam... oddałam się w objęcia Morfeusza.
Przez całe dwa dni chodziłam spięta aż w końcu nadszedł ten dzień. Po lekcjach zapytałam się gdzie jest sala taneczna a gdy wskazano mi kierunek udałam się prosto do celu. Nogi miałam jak z waty a serce niemal podchodziło mi do gardła. Przyjaciółka najwyraźniej to zauważyła, ponieważ zaczęła mnie klepać po plecach z nadzieją że mi to pomoże. Niestety... Wpadłam w takie bagno że już jest za późno na pomoc.
Gdy weszłam do sali, domyśliłam się że zbierze się tłum gapiów ale.... nie taki wielki. Zrobili mi drogę do chłopaka, który już czekał na mnie z zawadiackim uśmiechem na ustach. No no. Nie sądziłem że przyjdziesz. Myślałem że spękałaś. - Na jego słowa zaśmiałam się nerwowo, kręcąc głową.
- Nigdy nie łamię swoich zasad. Nie łudź się. - z jego ust wydobył się dźwięczny śmiech po czym odbił się lekko od ściany o którą się opierał po czym stanął kilka centymetrów ode mnie i szepnął.
- Jesteś gotowa, by mi usługiwać? 
- Po moim trupie. - Warknęłam, i odepchnęłam go od siebie. Chłopak dał znać by włączyć muzykę, do której musiałam się do pasować a już po dłuższej chwili każde z nas zaczęło pokazywać swoje umiejętności. Cholera... dobry jest. Moje umiejętności są niczym przy jego. Jak mam go pokonać? Z każdym ruchem było co raz ciężej. Zaczynałam się powoli męczyć a do tego kończyły mi się wszystkie możliwe ruchy. Nie wytrzymam dłużej! W końcu opadłam z sił, podpierając się dłońmi i ciężko oddychając, próbując złapać jak najwięcej tlenu do swoich płuc. To był naprawdę zaciekły pojedynek ale... wciąż mi daleko do niego. Był zbyt dobry, z góry było przesądzone że przegram. Wokół rozległy się oklaski i piski dziewcząt który w ułamku sekundy otoczyły chłopaka podając mu wodę i ocierając go z potu. Już po mnie. Nie będę mieć życia. Pomyślałam po czym opadłam na podłogę, przy okazji chłodząc swoje rozgrzane ciało. 
- Byłaś naprawdę dobra. Muszę przyznać że nigdy nie widziałem kogoś tak upartego. - Nade mną stanął chłopak, podając mi rękę. Prychnęłam arogancko i odwróciłam głowę.
- Nie potrzebuję twoich pochwał. Przegrałam więc zakład musi się wypełnić. - Mruknęłam bardziej do siebie. Usłyszałam cichy śmiech i odgłos potakiwania. Spojrzałam na niego kątem oka po czym powoli się podniosłam i wzięłam głęboki wdech, mówiąc.
- No dalej, mów czego chcesz. - Ten jedynie poklepał mnie po głowie po czym udał się do wyjścia mówiąc.
- Wróć do domu i odpocznij. W końcu moja niewolnica nie może mi usługiwać będąc zmęczona. Zaczniesz od jutra. - Po tych słowach zniknął za drzwiami, zostawiając mnie ze zdezorientowaniem na twarzy. Oh, jaki łaskawy. Pokręciłam głową, wzięłam wszystkie swoje rzeczy i bez pożegnania opuściłam salę. Przez całą drogę myślałam o tym że moje życie będzie skończone przez cały miesiąc. Te wszystkie laski mnie pozagryzają ale przecież to nie ja chciałam być jego... niewolnicą. Ten koleś chyba lubi dręczyć ludzi. Kiedy weszłam do domu, od razu udałam się do swojego pokoju. Bez kolacji. Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się i wślizgnęłam pod kołdrę by po chwili zamknąć oczy i odpłynąć w sen.
Z samego rana zostałam obudzona w brutalny sposób przez swój telefon, który co pięć minut oznajmiał mi że dostałam wiadomość. Po omacku odnalazłam urządzenie po czym wciąż pół zaspana zaczęłam czytać treść.
„Od: Numer nieznany
Twój dzień niewolnictwa właśnie się zaczął. Twoim dzisiejszym zadaniem jest przyjechać i zrobić mi śniadanie, które ocenię. Kazałem wszystkim dzisiaj przyjść później do pracy, więc nikt ci w niczym nie pomoże. Nie lubię spóźnialstwa, więc punkt siódma masz być w mojej rezydencji.”

- HAAAAAAAAAAAAA?! CO TO MA BYĆ DO DIABŁA?! CO ON SOBIE WYOBRAŻA?! - Wrzasnęłam na cały pokój, dom, okolice i pewnie też świat.